Kiedy nie stać Cię na wyjazd w tropiki

Dzisiaj wstawiam tutaj wpis innego typu: mix, którego słucham kiedy na zewnątrz jest +35°C. Jeśli zamknie się oczy, to prawie tak jakby się było na Dominikanie. Fake it till you make it. A ja czuję się tutaj prawie jak na wakacjach w tropikach.

Reklamy
Film

O ludziach z Małego Księcia

„Gdy spotykałem dorosłą osobę, która wydawała mi się trochę mądrzejsza, robiłem na niej doświadczenie z moim rysunkiem numer 1, który stale nosiłem przy sobie. Chciałem wiedzieć, czy mam do czynienia z osobą rzeczywiście pojętną. Lecz za każdym razem odpowiadano mi: – To jest kapelusz. – Wobec tego nie rozmawiałem ani o wężach boa, ani o lasach dziewiczych, ani o gwiazdach. Starałem się być na poziomie mego rozmówcy. Rozmawiałem o brydżu, golfie, polityce i krawatach. A dorosły był zadowolony, że poznał tak rozsądnego człowieka.“
– Antoine de Saint-Exupéry

Jako mała dziewczynka nauczyłam się, że dorosłych nie interesują przygody, jakie przeżywam razem z moim squatem lalek Barbie. Natomiast na fakty i fakciki o ludzkim ciele (pisałam o tym tutaj), seterach irlandzkich czy muzyce klasycznej reagowali cichymi okrzykami radości, toteż postanowiłam w rozmowach z dużymi ludźmi trzymać się tych tematów. Sprawiło to, że w gronie starszych byłam postrzegana jako inteligentna ponad wiek mała dziewczynka, choć najzwyczajniej w świecie umiałam dokonać selekcji.

mały książę

Jednak w pewnym momencie życia pełnego informacji dopasowanych do osób, z którymi rozmawiam stwierdziłam, że zatraciłam w sobie samą siebie. Przestałam rozróżniać moje zainteresowania od tych, które podobały się otoczeniu i zaczęłam czuć, że nic co mi znajome do mnie nie należy. Tak na prawdę często miałam bardziej pokaźną wiedzę  na tematy, które mnie nie interesowały, niż na te, które w rzeczywistości mnie „kręciły“. Czułam się tak jakbym była sama dla siebie kimś obcym.

Mówi się, że powinniśmy być przyjaciółmi samych siebie. W końcu kiedy jesteśmy sami, wszyscy się od nas odwrócili lub umarli, zawsze pozostajemy sami z własnym umysłem. Jeśli sami nie jesteśmy w stanie zaakceptować swojej przeszłości, swych wad, to kto ma to zrobić?

Wszyscy przechodzimy w życiu przez pewne procesy wspólne dla każdego homo sapiens. Tylko kwestią czasu jest kiedy to nastąpi. Poznanie samego siebie jest procesem pochłaniającym wiele uwagi i wolnych chwil. Tak na prawdę można żyć wiele lat i nigdy nie zaprzątać sobie myśli tym, jacy jesteśmy. Wciąż mam problemy aby nazwać wiele cech mojej osobowości, i dopiero poprzez nowe doświadczenia, i moje reakcje na nie wyciągnąć jakieś wnioski.

Kluczem do poznania mnie było uważne słuchanie moich wewnętrznych reakcji na różnorodne wydarzenia oraz stałe kwestionowanie moich akcji, aż pytania te doprowadzą mnie do źródła podjętych decyzji. Dla mnie największym wyzwaniem było pojęcie, że jestem indywidualnością i opinia innych na mój temat nie jest ważna tak długo, jak sama ze sobą czuję się dobrze. To my stanowimy o swojej wartości i tylko od nas samych zależy jak inni będą nas traktować.

Wracając do pewnego rozgraniczania swojej osobowości, istnieje japońskie przysłowie, które mówi, że każdy z nas ma trzy twarze. Pierwszą z nich pokazujemy światu, drugą – przyjaciołom i rodzinie – a trzecią (tą najbliższą prawdziwej) zachowujemy wyłącznie dla siebie. Sądzę, że taki podział jest użyteczny, bo nie wszyscy powinni widzieć jak wyglądamy w czasie leniwej niedzieli, kiedy prysznic nie widział nas od piątkowego poranka, wymięta piżama służy za całodzienny ubiór, a na śniadanie zjadamy kawałek zimnej pizzy przepity wygazowaną resztką coli.

Ale kiedy przychodzi pora, by zaufać komuś na tyle by pokazać mu swoją drugą twarz? Czy komuś warto pokazać swoją trzecią twarz? Zostawiam Was samych z tymi pytaniami.

Mam nadzieję, że nie jestem jedyną osobą, która tak ma i poczujecie się dzięki mnie nieco mniej dziwni.

Stay tuned,
A

O ludziach z Małego Księcia

Ci, którzy odmienią świat

Pokolenie, w którym dziecko wcześniej zaczyna obsługiwać komputery, tablety i smartphony niż nabywa umiejętność zawiązania sznurówek. Pokolenie wizjonerów, którzy chcą zmienić świat. Pokolenie wychowane na Harrym Potterze. Pokolenie, którego bohaterką jest Katniss Everdeen, buntowniczka z Dystryktu 12. Pokolenie, które od stałego miejsca zamieszkania woli niezależność i swobodę. Pokolenie, które szuka edukacji wyższej poza granicami Polski. To właśnie pokolenie Z.

Socjolodzy datują narodziny pierwszych z pokolenia Z na rok 1990 lub 1995, zależnie od źródła. Jako reprezentatywny osobnik mogę opowiedzieć nieco o osobach urodzonych w drugiej połowie lat 90. Siebie, jako dziecko, które pojawiło się na świecie pod koniec XX wieku (o rany, to brzmi jakbym była starą babą), uważam za wyjątkowo fortunne. Wychowywałam się na Dobranocce, ale w czasach podstawówki miały na mnie wpływ również bajki z Jetixa takie jak WITCH i Winx. Nie korzystałam z Elementarza w szkole, ale dostałam taki od mojej mamy. Będąc w podstawówce spędzałam popołudnia na ściganiu się na rowerach z grupką koleżanek poznanych jeszcze w przedszkolu. Będąc sama jeździłam po chodnikach na osiedlu wyobrażając sobie, że mój szaro-zielony rower to smok. Bawiłam się zarówno pluszowymi misiami jak i lalkami Barbie. Czytałam pierwsze wydania kolejnych książek o przygodach Harry’ego Pottera, po które moja ciocia wystawała pod księgarniami, abym w dniu polskiej premiery każdej części mogła kontynuować przygodę z brytyjskim chłopcem z blizną. Miałam profil na naszej klasie, którą potem wyparł Facebook.

harry potter

Wtedy był chyba taki boom na dzieci z fajnymi talentami i jako fashion victim począwszy od zerówki w przedszkolu chodziłam na tańce (nowoczesny, towarzyski i balet), grałam na fortepianie i śpiewałam w chórze, oprócz tego miałam lekcje angielskiego w domu, na których robiłam najfajniejsze rzeczy ever: kleiłam laurki dla mamy, otrzymując instrukcje po angielsku, śpiewałam piosenki o robalkach, które można spotkać na łące. A przez całe przedszkole bawiłam się w storytelling (zanim to było modne). Więcej grzechów nie pamiętam. A jako dziecko lekarki sypałam jak z rękawa ciekawostkami usłyszanymi w Il était une fois la Vie, kiedy miałam możliwość porozmawiać z dorosłymi. To akurat taka wstawka dla smaczku, od autorki.

Pierwszy telefon komórkowy (nie smartfon) dostałam chyba w drugiej klasie szkoły podstawowej. Bynajmniej nie była to moja fanaberia. Telefon służył mi jako narzędzie komunikacji, gdyby coś złego przytrafiło mi się w drodze z/do szkoły. Jednak wraz z postępem technologicznym płynnie uczyłam się obsługi co raz to bardziej skomplikowanych komputerów. Było to dla mnie naturalne, bo dorastałam wraz z tym wszystkim. Powiedz komuś z Pokolenia Zmiany jakiej informacji potrzebujesz, a dostaniesz ją w góra 30 sekund przy stabilnym łączu 3G.

Gdyby nie naklejki z cenami na starych książkach w pokoju mojej babci nie byłabym świadoma hiperinflacji. Nigdy nie miałam w rękach kartek na żywność. Nie byłam w Pewexie, a film oglądałam w skali szarości tylko kiedy omyłkowo zmieniłam ustawienia kolorów.

Nie pozostaję offline jeśli nie muszę, bo jeszcze ominie mnie tweet, że wybuchł kryzys w strefie Euro. Mam konta na Facebooku, Tweeterze, Instagramie, Snapchacie i Swarmie. Cytując Abstrachuje „wykonuję check-in lewą ręką nie wyjmując telefonu z kieszeni“. Jednak nieprawdą jest stwierdzenie, że Pokolenie Z zastępuje kontakty realne tymi wirtualnymi. Media społecznościowe stanowią jedynie przedłużenie tego co dzieje się w ‘realu’. Na fejsa trafia wpis, że Alicja B. wie, że będzie się działo na OWFie. Na jej insta znajdziecie zdjęcie z Yolandi z ravowego zespołu z RPA, którą przypadkiem spotkała idąc do Starbucksa po Java Chip Frappe. Na snapie — transmisja całego wydarzenia w formie 10 sekundowych klipów (nie trzeba płacić za bilet ani narażać się na zgniecenie przez ludzi, a jest prawie tak jakby się tam było), na swarmie check-in na OWF 2015.

Starsi (35+) ludzie dziwią się, że jesteśmy w stanie jednocześnie oglądać debatę Komorowski vs Duda, komentować to pisząc w telefonie na Whatsappie ze znajomymi i robić zakupy online. Dziwi ich również, kiedy w trakcie jednej rozmowy posługuję się 3-4 językami na przemian i jednocześnie. To chyba typowe dla nas, Zetów, że radzimy sobie z multitaskingiem, a nowych doświadczeń z aplikacjami czy nowym robotem kuchennym) się nie boimy, bo radzimy sobie z nimi metodą prób i błędów.

Pokolenie Zmiany to chyba pierwsze, po którym widać tak bardzo z jakich środowisk się wywodzą. Obecnie wśród młodych panuje atmosfera tolerancji dla odmienności, a to cecha wyniesiona z domu. Również sytuacja materialna rodziców często ma wpływ na przyszłość ich dzieci: zamożniejsi mogą opłacić dziecku kursy języków obcych, wyjazdy edukacyjne za granicę, korepetycje czy treningi do rozmów kwalifikacyjnych na studia. Pieniądze często otwierają drogę również do kursów rozwijających zainteresowania pozaszkolne czy sposobu spędzania czasu po lekcjach (wystawanie pod blokiem z Typowym Sebą kontra zajęcia z akrobatyki).

Nie boimy się studiowania za granicą. Nie straszne nam roczne wyjazdy do Brazylii czy na Tajwan. Modne są wolontariaty na drugim końcu świata. Czerpiemy ze zmieniającego się świata, dostosowując się do niego — większość pokolenia Z, będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Już teraz dużo osób przenosi swoją pracę do internetu, bo być może to tam większość z moich współpokoleniowców będzie pracować już za parę lat.

Technologia jest fajna, jednak przeraża mnie kiedy widzę pięcio-, siedmiolatki, które bawią się telefonami rodziców w restauracjach. Jeśli teraz nie potrafią zorganizować sobie samodzielnie zabawy, to na kogo wyrosną?

Stay tuned,
A

Ci, którzy odmienią świat

Prawdziwe znaczenie YOLO

„Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.”
-Wisława Szymborska

Fraza ‘You Only Live Once’ stała się kilka lat temu bardzo popularna wśród pokolenia Z. Zwykle używa się jej w chwilach robienia czegoś ryzykownego, ironicznego lub głupiego.

Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że każdy moment trwa przez określoną ilość czasu i potem znika na zawsze. Pomyślicie sobie, „bardzo odkrywcze”, ale mi chodzi o głębszy sens tego pojęcia. Jeśli w dzieciństwie nie spaliście na leżakowaniu w przedszkolu, to zapewne teraz to sobie czasem wyrzucacie. A leżakowanie już nie powróci. Oczywiście możecie uciąć sobie popołudniową drzemkę w domu, ale to już nie będzie to samo.

Wierzę w koncepcję tabula rasa, a przynajmniej w to, że rodzimy się z możliwością stania się kimkolwiek. To pod wpływem różnorakich decyzji kształtuje się nasza przyszłość i osobowość. Każda decyzja którą podejmujecie zamyka jakieś drzwi, ale też jakieś otwiera.

I tak mając dobre oceny w szkole podstawowej i zdając dobrze egzamin szóstoklasisty możecie iść do lepszego gimnazjum. W gimnazjum trafiając na dobrego nauczyciela biologii być może zechcecie rozszerzać później biologię, bo bardzo zainteresował Was ten przedmiot. W liceum świetny nauczyciel hiszpańskiego sprawia, że decydujecie się studiować iberystykę zamiast botaniki. Przeprowadzicie się do Madrytu na studia i pod wpływem oblanego egzaminu z historii kultur Ameryki Łacińskiej pójdziecie do La Mallorquina na Calle Mayor, gdzie będziecie popijać kawę, starając się ukoić nerwy i spotkacie tam kogoś, w kim się zakochacie i przeprowadzicie z nim lub z nią do Gold Coast. Taka historia.

Horacy napisał w Pieśniach ‘carpe diem’. Te dwa niepozorne słowa nakłaniają, by z życia czerpać jak najwięcej. Moja przyjaciółka powiedziała mi niedawno, żebym pamiętała, że nauka jest ważna, jednak jeśli stawia się ją ponad wszystko inne, to życie się kończy, a my tak jak gdybyśmy go nie przeżyli.
Dlatego tak ważne jest zachowywanie ‘work-life’ balance. W pewnym momencie życia przeżywamy okres przepracowania, kiedy gonimy za podwyżką, lepszymi ocenami, czy innym osiągnięciem. Należy jednak pamiętać, że nie uczymy się i nie pracujemy dla samej tej czynności. Pieniądze zarabia się po to by je wydawać (a przynajmniej ja tak robię) i jeśli zapomina się, że czasem trzeba oderwać się od pracy, by móc spędzić z innymi czas, na przykład zapraszając na kolację, to coś złego się dzieje. Tak samo z nauką. Ucząc się 24/7 łatwo jest przegapić wiele rozrywek typowych dla uczniów, takich jak imprezy, maratony filmowe, randki z licealistami czy spotkania z przyjaciółmi.

Rodząc się możecie być kimkolwiek chcecie, jednak jeśli po 5 latach studiów i 10 latach doświadczenia w zawodzie nagle stwierdzicie, że chcecie być kimś innym to jest dużo trudniej niż gdyby podróżować tą drogą od początku. Dlatego najlepiej jest nie wmawiać sobie, że pragnie się czegoś innego niż w rzeczywistości. Zabrzmi to jak frazes, ale warto słuchać swego serca.

W życiu staram się dążyć do spełniania moich marzeń i cieszenia się dużymi i małymi sukcesami. Dzięki temu praktycznie każdy dzień jest dla mnie wspaniały i go nie żałuję. Kiedyś sądziłam, że takie myślenie jest typowe dla głupców, jednak mając do wyboru cieszenie się tylko z ogromnych osiągnięć raz na jakiś czas i odczuwanie satysfakcji także z pomniejszych zwycięstw, wybieram to drugie.

Stay tuned,
A

Prawdziwe znaczenie YOLO

The first step is the hardest. O tym dlaczego porzuciłam jazdę na Veturilo.

Lato to świetny czas aby wykorzystać sprzyjającą pogodę i poruszać się trochę na świeżym powietrzu. Przez cały rok nie mam tyle czasu ile bym chciała na to, by uprawiać sporty codziennie, jednak w lipcu postanowiłam przełamać się i zacząć jeździć na rowerze rekreacyjnie. Własnego roweru nie posiadam, ale mieszkając w Warszawie nie jest to problem dzięki wypożyczalni rowerów Veturilo.

Wcześniej z rowerów miejskich korzystałam, kiedy chciałam pojechać z punktu A do punktu B nie odczuwając śmierdzących współpasażerów z komunikacji miejskiej. Teraz postanowiłam pozwiedzać nieco miasto, w którym głównie kursuję między trzema dzielnicami.

Zaczęłam spokojnie, 8.7 kilometra, zero wpływu na mięśnie i dużo endorfin oraz przyjemnych widoków, które towarzyszyły mi wzdłuż Powiśla. Dzień drugi, 12 kilometrów, zobaczyłam kolejne wspaniałe miejsca jadąc wzdłuż Alei Ujazdowskich. W ciągu kolejnych dni stopniowo zwiększałam przejechany dystans. Czułam się świetnie, dopóki nie przekroczyłam magicznych 20 kilometrów na moim liczniku. Następnego dnia rano oprócz dumy z osiągnięcia mojego małego celu (czyli przejechania wielkiej 20) poczułam też odrętwienie dwóch palców dłoni. Uznałam jednak, że to pewnie czysty przypadek i nie ma to nic wspólnego z rowerowym tripem. Tego wieczora znowu ruszyłam rowerem przed siebie. Tym razem trasa prowadziła przez przepiękne Pole Mokotowskie. I niestety kolejny raz rano bolały mnie te same dwa palce. Interesujące…

Zdecydowałam, że dopóki ból nie ustąpi dam sobie na wstrzymanie. Jednak postanowiłam zignorować drętwiejącą dłoń. Kiedy mój przejechany dzienny dystans przekroczył 30 kilometrów postanowiłam poczytać co może być przyczyną tej tajemniczej przypadłości. Okazało się, że ból dłoni może być powodowany nadwyrężeniem kręgosłupa 😮, które może pochodzić od niewygodnego (taniego) siodełka, twardej kierownicy, źle ustawionego siodełka i nieprawidłowej postawy podczas jazdy. Nie chcę tutaj tworzyć antyreklamy dla Veturilo, jednak po miesiącu systematycznej jazdy mogę szczerze powiedzieć, że te rowery nie nadają się do jazdy w umiarkowanym tempie (12 km/h) na długich dystansach.

Co więcej, jeśli nie korzystaliście jeszcze z warszawskiego systemu wypożyczeń rowerów, to przygotujcie się na to, że na najbliższej stacji często nie ma dostępnego roweru lub co gorsza rowery fizycznie są na stacji, ale nie można ich wypożyczyć bo „są serwisowane“. W jeszcze gorszym przypadku wypożyczycie rower, który jak ktoś na kogo lecisz, dopiero po jakimś czasie zaczyna ujawniać swoje niedoskonałości: przedni hamulec nie działa, przerzutki sztywno się zmieniają, siodełko jest słabo zablokowane, więc w trakcie jazdy zjeżdżacie też w dół na rowerze, dynamo jest zerwane lub ma słabą żarówkę. Najgorsza sytuacja z poszukiwaniem dostępnego roweru jaka do tej pory mi się przytrafiła wyglądała tak, że dopiero na trzeciej stacji do której dobiegłam, ktoś nie ubiegł mnie z wypożyczeniem ostatniego roweru, ale tam z kolei stacja postanowiła zaciąć się 3 razy i dopiero po telefonie na ich infolinię (spoko ludzie) i 40 minutach od wyjścia z domu, udało mi się wsiąść na rower. Mimo to, cieszę się, że w razie gdybym chciała pojeździć, rowery zawsze są i mogę zażyć dawki tlenu w dowolnej chwili.

Ten wpis miał opowiadać o dwóch początkach: mojej codziennej jazdy na rowerze i tym miejscu. Zdecydowałam się na założenie tego bloga, aby móc dzielić się z innymi moimi przemyśleniami na różne tematy, jak również pokazywać tu rzeczy, które inspirują mnie do bycia taką osobą jaką właśnie jestem.

Stay tuned,
A

The first step is the hardest. O tym dlaczego porzuciłam jazdę na Veturilo.